czwartek 25 maj 2017

Klechdy witaszyckie - Okładka   Staraniem członków Stowarzyszenia na Rzecz Witaszyc oraz Klubu Dyskusyjnego przy Bibliotece ukazała się książeczka zawierająca opowieści i podania ludowe ilustrowane rysunkami uczniów Gimnazjum w Witaszycach.

To dziesięć bardziej lub mniej znanych historii, o których Jerzy Baranowski pisze we wstępie: "Jestem przekonany, że nie zdołaliśmy wyczerpać tematu, że istnieją jeszcze historie, które krążą w przekazach ustnych po naszej okolicy. Zachęcam wszystkich miłośników Witaszyc do poszukiwań takich opowieści lub podań ludowych".

Czytelników mogą zainteresować fragmenty kilku z takich historii, o jakże różnym charakterze.

 

Zachęcamy do kontaktu, w przypadku większego zainteresowania zostanie być może podjęty dodruk.

 

Złośliwe świetliki

  "W dawnych czasach mokradła, które otaczały Witaszyce od strony Pleszewa, zamieszkiwały świetliki. Mieszkańcy mówili, że są to młode diabełki, choć tak naprawdę nikt nie znał ich pochodzenia i natury. W nocy wychodziły z bagien, by prowadzić ludzi po lasach, polach i ugorach. Wyprowadzały nieostrożnych daleko poza ludzkie osady. Wiele razy im się udawało sprowadzić przechodnia na manowce. Jedynym sposobem, aby uratować się przed czarcim kuszeniem, było położenie się na ziemi i zakrycie oczu dłońmi, by nie ulec diabelskiemu działaniu świetlików.
..."

 

Historia obrazu Matki Bożej z Witaszyc

   "Michał rozgniewany nieposłuszeństwem ludzi i własnej żony postanowił w skrytości usunąć obraz z witaszyckiego kościoła do jednej ze swoich posiadłości - do Potarzycy. Pozwolenie władzy kościelnej prędko uzyskał.
  Pewnego ciepłego dnia, w południe, kiedy ludzie zajęci byli pracą, około roku mniej więcej 1850 swój zamiar wykonał. Dziedzic Gorzeński i ksiądz Barwicki, ówczesny duszpasterz parafii w Witaszycach, chcieli zmusić kościelnego, aby wyniósł obraz na przygotowany wóz z zaprzęgiem konnym. Ten wzbraniał się, płakał i wołał wniebogłosy: Zabijcie mnie, ale ja Mateczki ręką nie dotknę. [...] Kościelny Sramke trzymał się drzwi wejściowych kościoła, które dziś jeszcze istnieją, płakał i mówił: Panku, panku i tobie księże marny koniec przyjdzie. Pan nie zważał jednak na złorzeczenie. Dał polecenie wyjazdu do Potarzycy. Konie jednak, pomimo wysiłku woźnicy, z miejsca nie ruszyły. Połamały dyszel, pozrywały uprząż, były tak niespokojne, że zagrażały nawet zbliżającym się do wozu ludziom, chcącym pożegnać Matkę Najświętszą.
  Dziedzic Gorzeński po namyśle rozkazał zamienić konie na woły. Tak też się stało. Już poza granicami Witaszyc, przy drodze w kierunku Zakrzewa, rósł duży dąb. Tu woły uklękły na długość pacierza. Podobnie uczyniły to jeszcze w drodze do Potarzycy: w Zakrzewie, Golinie i tuż przed samą Potarzycą. Razem cztery razy. Miejsca te nabożny lud otaczał odtąd wielką czcią [...]"